Nowy chłopak

- Chodzi lisek koło drogi i poluje na zgrrrabne nogi – zadeklamowała z zawadiackim uśmiechem jego głowa, wystająca zza otwartych drzwi szafy. Dźwięk tych słów odbił się od ścian sypialni rodziców, zdążył jej jeszcze rozkosznie postawić włoski na karku, zanim zawibrował ciepłem w słabnących kolanach, by wreszcie jak po piorunochronie wsiąknąć w pachnącą chłodem pościel, na której przycupnęła.

Był słoneczny, wrześniowy, sobotni poranek a jej nowy chłopak najwyraźniej przyszedł parę minut za wcześnie. Kompletnie zaskoczona, zachichotała lekko kuląc głowę w barki. Siedziała na brzegu łóżka w połyskującej srebrzyście, kusej halce. Niechcąco zaskrzypił drzwiami od szafy, gdy jakoś opierając się o nie na moment stracił równowagę.

Trzymała słodko bose stopy jedna na drugiej, uśmiechając się niepewnie. Dostrzegł jak prostując przy ciele splecione ramiona ściska bezwiednie udami drobne dłonie. Jej miękkie, jasne włosy były upięte w niedbały koczek… a parę uwolnionych z niego kosmyków… już widział jak bawiąc się w wiatr delikatnie je rozdmuchuje…

- Kto mu pozwolił tu wejść?! – przemknęła jej przez głowę jakaś jakby obca myśl. Satynowa, srebrna halka mamy miała zagrać jej własną. Miała tylko, kiedy on przyjdzie, powłóczyście przemknąć w niej przed nim do łazienki ( że niby w takiej na co dzień śpi), a nie, dać mu się zaskoczyć tu na piętrze.

- Podobam Ci się w roli mojej mamy? – wypaliła figlarnie, prostując gołą nóżkę, licząc na rozluźniająca moc żartu.

Napięcie nie zmalało, co więcej cisza z jego strony jeszcze je spotęgowała. Już nie umiała, a i jakoś dziwnie nie chciało jej się niczemu zapobiegać. Nie tym razem. Podświadomie wyczuła, że coś się dzisiaj stanie i to coś, gdzieś z tyłu głowy, miało jej przyzwolenie…

Na sobie miała tylko śliczną, cieniutką haleczkę, siedziała na dużym małżeńskim łożu, a przed nią stał wysoki, nawe trochę, jak na jej gust, za szczupły chłopak, któremu właśnie w tym momencie nie ma siły się oprzeć. Ułożyła się w najponętnięjszej pozycji jaką pamiętała z przed lustra i czekała co się wydarzy.

On też poczuł jakąś złowrogą, gwałtowną powagę, która zabroniła mu podjąć zwykły żartobliwy dialog. Z walącym sercem, dudniącym mu w uszach przesadnie powoli podszedł do niej ukląkł u jej stóp i patrząc prosto w oczy pocałował ponętnie obciągnięty duży palec u nogi.

Wyraźnie poważniejąc delikatnie oparła stopę na jego ramieniu. Musnął nosem kolorowy paznokieć, po czym bardzo powoli liżąc czubkiem języka lekko pulsująca łydkę, kierował się w stronę zagłębienia pod kolanem wyczuwając lekki posmak papai, egzotycznego owocu dodanego do kremu, którego do nóg używa jego nowa, coraz bardziej ekscytująca dziewczyna.

Uniosła się na krawędzi łóżka, na które zdążyła już opaść i nie wierząc w to co wydobywa się z jej lekko podkreślonych błyszczykiem ust wyszeptała:

- Wiesz…rodzice pojechali do babci na cały dzień.

Opadając w obezwładniającej błogości poczuła tylko jak jego niecierpliwy język bardziej zdecydowanie nawilża ciepłem nagle rozłożone uda.

Pokój dla niego zniknął. Tylko kilometry ciepłej, pachnącej, napiętej skóry. Dotykać, patrzeć, posiąść, zawładnąć, zjeść. Mieć choć przez jeden dzień zanim zwróci ją światu. Pozwoliła mu na tę zachłanność. Powolutku podsuwał zębami rąbek halki, aż zatopił się w jędrnym, pachnącym zamszu. Robił to coraz bardziej zapamiętale, a jednak przyjemnie leniwie. Uniosła się na moment na łokciach żeby ujrzeć co czuje, ale szybko opadła z sił z głębokim westchnieniem.

Posuwał się wyżej z zapałem małego urwisa smakując mleczne owoce, wciskał jakby wisienki w tort, potem pomrukując zsuwał głaszcząc znowu pod włos i z włosem jej gorącego brzoskwiniowego kotka. Pożerał oczami groteskowego ludożercy, łakomił się jak na słodkie ciastko z dziurką. Mlaskał, siorbał. Badał na wszystkie strony, gładził, szturchał i próbował po kawałku. Zafascynowany patrzył jak nabiera kolorów, dojrzewa, otwiera się, wilgotnieje.

Wiła się z chłodnym szelestem satynowego bezwstydu, prężyła nogi i zaplatała je mu na szyi. Uwalniała się na chwilę by rysować bezwstydnie, niedorzecznie raz lewym raz prawym sterczącym z małej piersi guziczkiem linię na jego ciele od nosa po męskość i z powrotem. Częstowała najsłodszymi kąskami, podtykała pod nos perfumowane zakamarki jej rozgrzanego ciała.

Wiedział, że nie można mieć wszystkiego. Że jego księżniczka będzie kaprysić. Zaraz każe mu czekać na baczność przed bramą. Ba!, przed jej rozchylonymi wrotami i będzie błagał o wejście. Będzie musiał pertraktować z posłami ze wzgórz, przekonywać ich swym giętkim językiem, naciskać, ugłaskać, zadowolić. Przymilać się i grozić na zmianę. I dalej stać na baczność jak durnowaty drewniany żołnierzyk wypięty jak struna by stawić się na skinienie w perłowym przedsionku raju.

W pewnym momencie wyślizgnęła się z jego objęć i zrobiła wyniosłą minkę. Przewidział to, a może wyfantazjował znając już trochę jej przewrotność.

- Zaprezentuj rycerzu co zrobisz swojej wymagającej księżniczce! Czyś warty wpuszczenia do królewskiej muszelki – rzekła oficjalnym tonem.

- Co takiego? – Mimo wszystko go zaskoczyła.

- Daj mi zacny rycerzu pokaz możliwości twego rumaka, niech trochę dla mnie powierzga. Znaj moją łaskę albowiem użyczę ci do tego wspaniałomyślnie moich nóg…

- Zaraz wracam – dodała.

To powiedziawszy wyszła z sypialni, by za chwilę kołyszącym krokiem modelki przeparadować przed nim nago w sandałach na wysokim obcasie, na tyle blisko by otrzeć się ostentacyjnie biodrem o jego sterczącą, jakby ze zdziwienia, czerwonawą pałkę.

Buty były bardzo skąpe, z wysoko zapiętym cienkim, przeźroczystym paseczkiem, zmuszające odsłonięty, apetyczny łuk smukłej stopy do pełnego wygięcia. Położyła się znowu na krawędzi łóżka.

- Pokaż co potrafisz! – zachęciła, podnosząc i jednocześnie prostując, skrzyżowane nogi.

Skinęła niedbale zgiętą dłonią na olejek stojący na stoliku nocnym. Wziął go, przyklęknął i z należną królewnom czcią oraz nieukrywanym zachwytem, skropił i starannie natłuścił paluszek po paluszku, stopy, łydki i uda. Pokazywała mu, mówiąc z wargami ściągniętymi w ciup, że jeszcze tu i tu…

Kiedy były już całe lśniące i śliskie, pokazał jej jak suwa prąciem pomiędzy łukiem podeszwy, a sandałem, obserwując z wewnętrznym tryumfem jej rozszerzone od tego źrenice.
Potem, niby od niechcenia, jęła droczyć się prześlizgując podbicie stopy po jego naprężonym koguciku bawiąc się jego podnieceniem, lecz kiedy za którymś razem dojrzał jej nagle rozszerzone nozdrza, nie wytrzymał i rzucił się niecierpliwie do zdejmowania sandałów, przed czym już wyraźnie nie oponowała Złączył zaraz jej bose, śliczne stopy.

- A co wasza wysokość powie na tę sztuczkę?- Zaczął się żwawo ślizgać między nimi, prezentując różne kąty i pchnięcia. Była już tym tak podniecona, że ciasno łącząc razem nogi kazała mu sunąć między nimi jakby był suwakiem w zamku błyskawicznym od kostek aż do pośladków. Teraz była już od tego tak wilgotna i nabrzmiała, że wydyszała mu sama do ucha:

- Chodź już do środka…!!

W końcu tam wniknął, wytrzymując dzielnie w powadze groteskowe mlaśnięcie. Zaczął bez nadmiernego pośpiechu, dostojnie, z honorem. I jął piąć się wyżej i wyżej, szybciej i szybciej, a ona już wierciła się na samym szczycie. Czy dojdzie na czas, czy będzie z nią, kiedy się zacznie? – myślała gorączkowo.

Podskakiwała radośnie w rytmie przyspieszonego oddechu i opadała w kaskadach niesfornych włosów. Czuła jak jej ciało już już chce dostać tej czkawki co wybija w lędźwiach rozkosznie znajomy rytm i jak ten fantastyczny drań w samą porę zwalnia, by za chwilę znowu była blisko. W samą porę żeby go za to ugryźć i pocałować zarazem.

I nagle, nieoczekiwanie nadeszła czkawka, co się zowie, bezwstydne zająknienie, jej pięć sekund wyzwolenia. Czuła jak fala przypływu przełamuje się i nabrzmiewa tama pod naporem rozkoszy, co porwie ją w nieznane.

- Oooh! – jęknęła, bezwiednie ściągając razem palce u stóp.

Zobaczył to w błysku białek jej oczu, poczuł to w ciepłym skurczu miłości; i dla niego z dalekich, wewnętrznych gór ruszył jakby wodospad, którego – czuł – już nie powstrzyma. Pragnął, żeby ruszał jak najdłużej, zaczynał wciąż od nowa lub nawet sączył się do końca świata. Lecz jego pęd dotarł już do niej, tryskał łaskocząc miarowym ciepłem.

Zatrzymali się w biegu, zaryli w miejscu, zderzyli w cielesnym łuku tryumfalnym. Wtopił się w nią jak w miękką poduszkę, dobił do dna ciepłego morza. Schowała go głęboko, przyjęła, zagarnęła zachłannie, wessała jak głowonóg. Trysnął raz jeszcze jakby w podzięce i zamarł. Wstrząsana wewnętrznym szlochem zaplotła się wokół niego jakby była bluszczem.

Zafascynował go gwałtowny orgazm tej wijącej się ślicznotki. Szybko się z niej wysunął. Przytulony z boku do leżącej na wznak dziewczyny, pomiędzy lekkimi dreszczami przebiegającymi coraz rzadziej jej ciało pocałował w zagłębienie szyi, potem w pierś, by z znienacka ostrożnie wsunąć jej do środka palec. Nie musiał go wcale nawilżać.

- Oooj! – zaprotestowała słabo.

Złapała go za rękę, nie wiedząc czy mu pomóc czy przerwać… Przewróciła się na brzuch dociskając łechtaczkę do jego dłoni, pomrukując przeciągle.

- To jak, idziemy w końcu do tego kina? – zapytał przerywając jej pomruk i zamieniając go w niekontrolowany wybuch śmiechu.

- Chyba na FILM, kochanie! – odparła i oboje parsknęli śmiechem.

Comments are closed.